To nie latem, to jesienią pojawia się we mnie to intensywne pulsowanie, które każe spakować plecak i ruszyć w drogę.
Nie chodzi o ucieczkę przed błotem i szarością do słońca i błękitnego nieba. Ani o szybką teleportację na drugi koniec świata. To chęć wyjścia z domu i bycia w drodze. Godzin w pociągu z policzkiem przyklejonym do szyby. Brnięcia przez kałuże i zeschnięte liście. Wdychania porannego chłodu i naciągania czapki mocniej na uszy. Snu wciąż sklejającego powieki o jakiejś bezbożnej godzinie, gdy już trzeba być na peronie i czekać na pociąg.