Mieć czas dla siebie

Mieć czas dla siebie

W przypadku większości z nas praca stanowi znaczną część naszego życia. Wypełnia nam mnóstwo czasu, nierzadko wylewając się ze swoich ram. Czasem wylewa się z założenia. Tak się składa, że przebywam głównie w środowiskach, w których praca jest pasją. Albo wynika z pasji. Ktoś w młodości wkręcił się w teatr, oglądał go dużo i teraz pracuje w teatrze. Komuś sprawiało frajdę pomaganie w produkowaniu spektakli, wydarzeń, filmów i teraz robi to zawodowo. Ktoś odkrył dla siebie praktykę jogi i to, jak bardzo mu pomogła, i w związku z tym zdecydował, że chce uczyć, by pomagać innym. Ktoś kochał pisać i teraz to właśnie jest jego źródło dochodu.

Kręgi zawodowe i towarzyskie przenikają się. Jestem w związku z mężczyzną, którego poznałam na studiach, najpierw jako kolegę, a potem miałam z nim zajęcia. Mimo że oddryfowałam już od tych tematów dość daleko, teatr i sprawy szkolne są wciąż obecne w naszym domu. Mój przyjaciel ze studiów gotuje na moich jogowych wyjazdach. Koleżanki z roku przychodzą do mnie na zajęcia. Z dawnymi wykładowcami zdarza mi się pić wino (ostatnio rzadziej) i rozmawiać o ich wakacyjnych podróżach i naszych wyjazdowych planach.

kaboompics_STACK OF ORGANIZERS.jpg

Wiele rzeczy, którymi zajmuję się w pracy, interesuje mnie ogromnie. Książki na ich temat wypełniają moje półki. Można by powiedzieć, że to sytuacja idealna. Mogę robić to, co kocham. Moja praca – moje prace, bo jest ich przecież kilka – to moje pasje. A przecież, jak głosi często przytaczane przysłowie, jeśli robisz to, co kochasz, nie przepracujesz ani jedno dnia. Tylko jest też druga strona medalu, dość gorzka: jeśli robisz to, co kochasz, będziesz pracował bez przerwy.

Już od kilku lat z różnych stron powraca do mnie modny temat work-life balance. Sama powtarzam swoim uczniom na różnych kursach, by wychodzili głową z pracy. By brali głęboki oddech i starali się poczuć, jak im jest w tu i teraz. By smakowali swoje jedzenie, celebrowali czas wolny i chwile z najbliższymi. By pozwalali sobie na odpoczynek.

Mam głowę pełną najrozmaitszych koncepcji na temat pracy, poszanowania granic i istotności odpoczynku. Mimo że intuicyjnie radziłam sobie z tym całkiem nieźle (zwłaszcza po wprowadzeniu kilku kluczowych higienicznych zmian, na przykład nieodbierania maili na telefonie), w pewnym momencie doszłam do wniosku, że wszystko robię źle. Że przecież ludzie mądrzejsi ode mnie mówią, by postępować inaczej. A mądrzejszych trzeba się słuchać.

Efekt był taki, że wpakowałam się w cudzy scenariusz. Bezrefleksyjnie przyjęłam cudze przekonania za uniwersalne prawdy. Zaczęłam gasnąć. Tracić entuzjazm. Najchętniej nie pracowałabym wcale, tylko siedziała na balkonie i piła kawę. A kiedy musiałam odmówić komuś spotkania ze względu na pracę, natychmiast uruchamiały mi się wyrzuty sumienia – że pracuję zbyt dużo, że tak być nie powinno.

Widziałam, że coś jest nie tak, ale sporo czasu zajęło mi dojście do tego, co z tym zrobić. Nie pamiętam już, w którym momencie zdałam sobie sprawę z tego, na czym właściwie polega problem – ale pamiętam, co w mi w tym pomogło.

Po pierwsze, pomogła mi pandemia. Ograniczenie ilości bodźców, odcięcie od ludzi, potem powrót do pracy i znów zmniejszenie jej intensywności stały się laboratorium, w którym mogłam obserwować samą siebie, moje potrzeby, reakcje, poziom energii i tak dalej.

Po drugie, ogromne znaczenie miała pracą z Naamą Zusman podczas jej programu coachingowego. Pisałam o tym już trochę, więc nie będę się powtarzać, ale faktem jest, że dzięki Naamie nauczyłam się lepiej odczytywać swoje prawdziwe potrzeby. I zauważać, kiedy władzę w moim umyśle przejmuje cudzy głos, cudze przekonania, cudze oczekiwania.

Po trzecie, przeczytałam trzy książki. Z żadną z nich nie zgadzam się w pełni, z każdą z nich mogłabym polemizować, a jednocześnie każda z nich wniosła coś niezmiernie ważnego. To: Nie rób nic. Jak zerwać z przepracowaniem i zacząć żyć Celeste Headlee, Odzyskać czas Bożeny Kowalkowskiej oraz Budda i twardziel Vishena Lakhiani.

Zaczęło się od Odzyskać czas. Kupiłam tę książkę sobie (i od razu w gwiazdkowym prezencie mojej starszej siostrze) zachęcona tym, co na jej temat opowiadała na swoim Instagramie Blimsien. Temat dochodzenia do ładu z moim stosunkiem do pracy już wtedy był we mnie żywy, tym bardziej że widziałam, z jaką łatwością przychodzi mi ponowne wypełnianie grafiku po brzeg, mimo że jednym z moich postanowień po pierwszym lockdownie było, by tego absolutnie nie robić.

Książka Headlee nie jest poradnikiem, a w każdym razie nie w całości. To raczej opowieść o tym, jak zmieniało się nasze podejście do pracy, jakie znaczenie miała w tym rewolucja przemysłowa i jak to się właściwie stało, że dziś tak bardzo wyceniamy swój czas. Wiele z tych rzeczy już wiedziałam, z wielu nie zdawałam sobie sprawy. Muszę przyznać, że lektura podziałała na mnie bardzo trzeźwiąco i to nie tylko jeśli chodzi o mój stosunek do pracy. Jak na dłoni zobaczyłam, jak łatwo mnie samej i osobom w moim otoczeniu przychodzi wypełnianie czasu PLANAMI. Jak dużo czasu poświęcamy na rzeczy, które mają nas rozwinąć, dać nowe umiejętności – to przecież działa tak również w przypadku jogi i medytacji! Lektura skłoniła mnie także do zadania sobie pytania o to, po co mi właściwie pieniądze, które zarabiam, oraz co mi daje poczucie bycia zajętą. Nie będę zdradzać więcej. Jeśli Was to interesuje – przeczytajcie, naprawdę warto.

Lektura Nie rób nic w pierwszej chwili wywołała we mnie chęć rzucenia pracy, wyprowadzenia się z Warszawy i zajęcia się czymś pożytecznym ;) Nie wykluczam zresztą, że kiedyś to nastąpi, jednocześnie wiem jednak, że nie tędy nie droga. Nie teraz. Tak jak pisałam wcześniej, za bardzo lubię swoją pracę, zbyt jest dla mnie ważna i to bynajmniej nie na poziomie prestiżu czy zarobków. Szukałam więc dalej. Myślałam, obserwowałam – i sięgnęłam po pozycję, zdawałoby się, z zupełnie innego porządku: Odzyskać czas Bożeny Kowalkowskiej.

Podeszłam do tej książki bardzo nieufnie. Obawiałam się, że stanie w kontrze do tego, co dała mi lektura Nie rób nic. Że będzie to kolejny zestaw porad na temat tego, jak planować pracę i realizować zadania, żeby móc być jeszcze bardziej produktywnym. Z jednej strony wiedziałam, że to jest dokładnie to, czego potrzebuję (w tamtym momencie miałam gigantyczny problem ze strukturą pracy), z drugiej naprawdę chciałam wyzwolić się z obsesji produktywności.

sven-brandsma-RUo6p124tRQ-unsplash.jpg

Szczęśliwie nie miałam racji, a w każdym razie nie w pełni. Owszem, Kowalkowska dzieli się w książce różnymi poradami na temat organizacji, planowania, usprawniania różnych procesów. Jednocześnie jednak przez cały czas przyświeca jej myśl, stanowiąca podtytuł książki: „Jak zrobić porządki w kalendarzu, pracy, głowie i wreszcie MIEĆ CZAS NA ŻYCIE” [podkreślenie moje]. Czyli – nie robimy tego wszystkiego, by pracować jeszcze więcej, ale by pracować tyle, ile trzeba i wiedzieć, kiedy powiedzieć: dość. By zamiast tego móc iść na spacer do lasu, poczytać książkę czy spędzić czas z bliskimi. Jeśli czujecie, że potrzebujecie trochę bardziej uporządkować Was system pracy – zwłaszcza, jeśli jesteście freelancerami, ale nie tylko! – bardzo, bardzo polecam.

Nie będę jednak ukrywać, że ta lektura, choć wiele z niej wyniosłam i wdrożyłam w życie, nie usatysfakcjonowała mnie w pełni. Podświadomie czułam, że nie leży mi ten wyraźny i jednoznaczny podział na „pracę” i „życie”. Wiem, że jeszcze kilka lat temu sama miałam bardzo przesunięte granice między jedną sferą a drugą, niezmiernie cieszę się z tego, że przestałam pracować w nocy i częściowo także w weekendy. Jednocześnie jednak czułam, że zmierzam w kierunku nienawidzenia swojej pracy. A przynajmniej traktowania jej w kategorii zła koniecznego, bo przecież prawdziwe życie jest gdzie indziej. Tak, niewątpliwie – zdecydowanie bardziej prawdziwym życiem jest dla mnie pocenie się na górskim szlaku niż wystawianie faktur i korespondencja z księgową ;) A jednak – prowadząc wyjazdy, warsztaty czy regularne zajęcia, także czuję, że żyję. Że robię coś, co mi sprawia przyjemność. I co z tym zrobić?

Odpowiedź zupełnym przypadkiem przyniosło Wydawnictwo Onepress, które zaproponowało mi do zrecenzowania książkę Budda i twardziel. Jeśli do Odzyskać czas podchodziłam sceptycznie, to do Buddy byłam z początku wręcz uprzedzona – ale posłuchałam intuicji, podpowiadającej, bym się zgodziła.

Książka Vishena jest bardzo amerykańska – w sensie pewnego rodzaju optymizmu i tak dalej. Myślę, że, niestety, łatwo zatrzymać się na tej wierzchniej warstwie, zwłaszcza, jeśli taki styl nas irytuje. A szkoda, zdecydowanie warto się w nią zagłębić, bo jest to pozycja, która kryje w sobie bardzo dużo bardzo trafnych spostrzeżeń. I która, co na tamtym etapie było dla mnie istotne, zaciera granicę między pracą i życiem. Autor pokazuje, jakie korzyści może nam dać to, że jesteśmy w pełni zaangażowani w swoją pracę, przekonani o jej znaczeniu, a jednocześnie nie boimy się snuć odważnych wizji i formułować zuchwałych celów. Co ważne, Vishen mocno podkreśla znaczenie wyznawanych przez każdego z nas wartości oraz to, by działać w zgodzie z nimi, a więc i w zgodzie ze sobą.

***

No dobrze, to co się właściwie zmieniło?

Przede wszystkim dotarło do mnie, jak bardzo szkodliwe jest wciskanie wszystkich w te same ramy i przekonywanie, że dzięki temu staniemy się szczęśliwi. Nic odkrywczego, ale chyba jednak czasem nam to umyka, zwłaszcza jeśli jesteśmy zanurzeni w temacie rozwoju osobistego, radzenia sobie ze stresem i szeroko rozumianego dobrostanu oraz osiędbania. I jeśli, co gorsza, czytamy za dużo poradników ;)

Praca jest ważną częścią mojego życia. Lubię wszystkie rzeczy, które robię. Dają mi satysfakcję, często nawet przyjemność. Bez nich nie byłabym tym, kim jestem. Nie byłabym w pełni szczęśliwa, gdybym tego wszystkiego nie robiła. Nie dlatego, że ktoś mi wmówił, że muszę to robić. Nie dlatego też, że chcę zarabiać dużo, coraz więcej pieniędzy, by mieć na spłatę kredytu (nie mam kredytu), na dzieci (nie mam dzieci, tylko kocie), na emeryturę, na wystawne życie. Gdybym miała fundusz, zapewniający mi zadowalające funkcjonowanie bez konieczności zarabiania, dalej bym pracowała (choć pewnie mniej). A że rytm mojej pracy jest szczególny – prowadzę działalność, mam różne natężenie projektów i różnych klientów, w dodatku specyfika mojej redaktorskiej pracy jest taka, że jestem w zasadzie na końcu łańcucha, często więc odbijają się na mnie rozmaite opóźnienia z wcześniejszych etapów. Jednocześnie muszę mieć w głowie to, że potrzebuję zarabiać tyle, by móc opłacać podatki i (rosnący) ZUS oraz inne koszty stałe. Zajęcia jogi za to zwykle odbywają się w porach, w których „normalni” ludzie już nie pracują – wcześnie rano albo wieczorem. Kiedy prowadzę wyjazd, jestem w pracy przez cały weekend, w zasadzie dwadzieścia cztery godziny na dobę (z przerwą na sen). Zdarzało mi się nie raz redagować teksty w pociągu, samolocie albo w hotelu w małym portugalskim miasteczku. Pamiętam sytuacje, kiedy po dziesięciogodzinnej górskiej trasie wracaliśmy na kwaterę, a ja odpalałam plik do ostatniej korekty. Wiem, że będą sytuacje, w których siądę do pracy w nocy. Wiem też, że sama się na to zdecydowałam i to nie bez powodu – byłam nieszczęśliwa, pracując osiem godzin dziennie na etacie, przykuta do biurka, niezależnie od tego, czy mam co robić, czy nie. Wolę moją niepewność i wolność, to że mogę pójść z mężem na kawę w środku dnia, a potem pracować wieczorem. Że mogę wyjeżdżać dość swobodnie, bo jeśli trzeba, pracę zabiorę ze sobą. Że mogę mieć weekend w środku tygodnia.

zach-ramelan-IPX_OiuK4po-unsplash.jpg

Kiedy jakieś półtora roku temu uznałam, że to nie może tak wyglądać, że to nie jest higieniczny tryb pracy, uschłam. Praca, która z natury przychodzi mi lekko – może dlatego, że ją lubię i że umiem robić to, co robię? – w pewnym momencie stała się strasznym ciężarem, bo WMÓWIŁAM SOBIE, ŻE TAK MA BYĆ. Że przecież work-life balance jest taki ważny. Że muszę wyłączać komputer o 18 i odpoczywać. Że nie mogę pracować w weekend. Że po wyjeździe jogowym powinnam być wykończona, bo jeśli nie jestem, to znaczy, że nie pracowałam i nie mam prawa brać za takie coś pieniędzy. Co ciekawe, w pewnym momencie razem z tym przekonaniem pojawiły się finansowe trudności. W ogóle finanse zaczęły być zagadnieniem – paradoksalnie, nieprzemyślanym świadomie (dopiero pół roku temu wykonałam ćwiczenie zadane przez Naamę – rozpisałam i wyliczyłam, ile musiałabym zarabiać rocznie, by było mnie stać na moje wymarzone życie). Kasa przestała się zgadzać, a ja napinałam się, żeby jakoś zapełnić cały swój grafik. A przecież, jak powiedziała dziewczyna, u której trzy tygodnie temu robiłam tatuaż: „Trzeba mieć czas, żeby żyć”.

Teraz więc wracam do siebie. Wykonuję ciężką pracę, by wydostać się z cudzego scenariusza, by wyleczyć się z rozmaitych wyrzutów sumienia. Pracuję jednocześnie więcej i mniej niż pół roku, rok temu. Kasa, tfu, tfu, nagle jakby zaczyna się zgadzać. Zostawiam w moim grafiku dużo powietrza – na wysypianie się, powolne śniadania, czytanie literatury (a nie tylko książek do pracy, choćby były nie wiem jak pasjonujące), niespieszne kawki, długie spacery, wycieczki tu i tam. A jednocześnie pozwalam sobie na to, by czasem pracować dużo i długo przez siedem dni z rzędu (ale tylko wtedy, gdy robię to, co daje mi satysfakcję) i by laptop jechał ze mną na wakacje (co nie oznacza, że go otworzę i że codziennie sprawdzam maile). Piszę swój własny scenariusz.

Celeste Headlee, Nie rób nic. Jak zerwać z przepracowaniem i zacząć żyć, Buchmann, Warszawa 2020
Bożena Kowalkowska, Odzyskać czas. Jak zrobić porządki w kalendarzu, pracy, głowie i wreszcie mieć czas na życie, Wielka Litera, Warszawa 2020
Vishen Lakhiani, Budda i twardziel. Sekret duchowej ścieżki sukcesu, Onepress, Gliwice 2021

W tempie slow

W tempie slow

Ajurweda jesienią

Ajurweda jesienią

0