W tempie slow

W tempie slow

Dawno nic tutaj nie pisałam – a już bardzo dawno nie robiłam tego regularnie. Nie wynika to bynajmniej z braku czasu (choć miałam w ciągu ostatniego pół roku kilka naprawdę intensywnych momentów – ale, no właśnie, momentów) – raczej z tego, że doszłam do ściany. Zablokowała mnie potrzeba dookreślenia mojej tu działalności. Nazwania tego, czym się właściwie chcę z Wami dzielić. O czym pisać. Czemu akurat o tym. I czego możecie się po tym miejscu w sieci spodziewać.

Wiedziałam – i to od samego początku pisania bloga – że nie chcę być blogerką stricte jogową. Nie interesuje mnie pisanie artykułów dotyczących tylko i wyłącznie jogi (choć oczywiście jest i będzie tu takich sporo). Moje zainteresowania są o wiele szersze. Co więcej, to, czego chciałabym uczyć, czym chcę się dzielić, zdecydowane wykracza poza ten jeden temat. Joga, dbanie o siebie, rozwój, książki, inicjatywy społeczne, fajne miejsca… W pewnym momencie jednak dotarło do mnie, że potrzebuję, by to wszystko układało się w całość. Żebym mogła też w spójny sposób opowiadać o tym, co tu się dzieje i by łatwiej mi było wymyślać sobie kolejne tematy i dbać o regularność (haha).

Winnica 06-21 m (72 of 137).jpg

Chodziłam z tym bardzo długo – co najmniej kilka tygodni. A potem, jak już znalazłam odpowiedź, chodziłam z nią jeszcze przez chwilę, bo chciałam się upewnić, czy to dobry pomysł ;) Ale tak naprawdę od początku wiedziałam: jest dobry. Jest mój. Porządkuje całą szeroką sferę mojego działania: spina to, na czym mi zależy w pisaniu tutaj i dzieleniu się różnymi treściami na Instagramie; to, co staram się robić, prowadząc stacjonarne zajęcia w Warszawie; a także to, jaki jest mój pomysł na jogowe wyjazdy, które dla Was organizuję. Co to takiego? Slow-life.

Dlaczego tak?

Od idei slow wszystko się u mnie zaczęło – a konkretnie od artykułu, który przeczytałam wiele lat temu, zdaje się, w „Kukbuku”, a który dotyczył ruchu slow-food. Założenia ruchu od razu wydały mi się zgodne z moim własnym podejściem do jedzenia i gotowania. A za slow-foodem zaczęły przychodzić kolejne rzeczy, płynnie wynikające jedna z drugiej: slow-life, slow-travel, joga, medytacja, ajurweda, TCM, terapeutyczna praca z ciałem, slow-fashion, coaching, kooperatywy spożywcze, praca z przekonaniami dotyczącymi finansów… I różne inne :) I jakoś tak to gra. Czasem wypadam na chwilę z tego nurtu, ale zwykle szybko wracam. Głęboko wierzę, że jeśli raz doświadczymy magii zwolnienia czy wręcz zatrzymania się (o którym dużo i pięknie pisze Olka Kaźmierczak), będziemy chcieli do niej wracać. A jeśli będziemy wracać do niej wystarczająco dużo i często – slow rozgości się na dobre w naszym życiu, w takim wydaniu, jakiego najbardziej potrzebujemy. My, a nie ktoś inny.

Iga Winnica 06-21 ogród m (38 of 41).jpg

Oczywiście mam świadomość tego, że slow-life to termin, który trochę już wyblakł i stracił na znaczeniu. Zawłaszczony przez instagramowe hashtagi stał się kolejnym marketingowym chwytem – pustym hasłem, które często nic już nie znaczy. Przelotną modą, zastąpioną przez inne, sama już nawet nie wiem jakie, w tak szybkim tempie się to zmienia. I, mimo całej tej świadomości, nie zamierzam z tego pomysłu rezygnować. Sama od kilku lat konsekwentnie dążę do tego, by było wolniej, po drodze wpadając w rozmaite pułapki – i tym też chcę się z Wami dzielić. Rzeczami i inicjatywami, które mi się sprawdziły. Sposobami na zrobienie czegoś dobrego dla siebie i zwolnienie chociaż troszkę (nie każdy z nas może i chce pozwolić sobie na to, by porzucić pracę i zamieszkać w lesie ;)). Inne jest moje slow – osoby prowadzącej własną firmę, inne pracownika korporacji, inne młodej matki, inne aspirującego pracownika naukowego. I to jest super, nie zamierzam przekonywać nikogo, że jest jakaś jedna słuszna droga, jedna metoda pracy z ciałem, jedna magiczna książka, która zmienia życie. Ale może moje przemyślenia i rozważania będą dla Was pomocne i inspirujące.

Niech ten tekst będzie jak nowe otwarcie. Kop do działania dla mnie i obietnica ciekawych treści dla Was.

Razem ze zmianą w obrębie treści, zmienia się też mój Patronite. Będzie mi bardzo miło, jeśli zajrzycie tam i jeśli zechcecie mnie wspierać – teraz albo jak już zobaczycie tę obiecaną regularność ;) Bardzo chcę dla Was pisać i bardzo chcę mieć na to jak najwięcej czasu i przestrzeni. Wasze wsparcie coraz bardziej mi to umożliwia i jestem za to ogromnie wdzięczna.

 

Autorką zdjęć wykorzystanych w artykule jest Justyna Długoborska-Ciołko.

Próby i błędy – recenzja książki Bożeny Kowalkowskiej „Poza czasem”

Próby i błędy – recenzja książki Bożeny Kowalkowskiej „Poza czasem”

Mieć czas dla siebie

Mieć czas dla siebie

0