Majtki menstruacyjne marki Skrojone – subiektywna recenzja
Zastanawiałam się trochę, czy ten tekst powinien się tu znaleźć. Ostatecznie jednak doszłam do wniosku, że w pewien szczególny sposób majtki menstruacyjne wpisują się w moje myślenie o slow lajfie. Weźmy choćby sam aspekt ekologiczny. Każda kobieta, która używa tradycyjnych tamponów czy podpasek, doskonale wie, ile co miesiąc produkuje śmieci. Jednocześnie ekologiczne produkty menstruacyjne są dość drogie, co za to dotyka aspektu ekonomicznego. Tak czy inaczej, dla mnie najważniejsze są moje odczucia.
Zacznę może od tego, że nie jest to artykuł sponsorowany. Cztery pary majtek menstruacyjnych wyprodukowanych przez Skrojone kupiłam sama (a właściwie kupił mi je mąż ;)). Od dawna chciałam to zrobić, ale z różnych powodów wydarzyło się to dopiero teraz. Moment okazał się idealny – właściwie w przeddzień wyjazdu w góry, podczas którego miałam mieć okres. Z higieną na szlaku bywa rozmaicie, trudno o bardziej wymagający test.
Jak to działa? Majtki wyglądają jak normalne majtki, ale mają wszyty wkład chłonny z bambusa. W zależności od modelu wkład ma większą lub mniejszą powierzchnię. Ja kupiłam jedną parę bokserek (w nich spałam) i dwie pary majtek heavy – wyszłam z założenia, że najbardziej przydadzą mi się w te dni, kiedy krwawienie jest intensywne – a potem dokupiłam jeszcze parę majtek normal.
Już po pierwszych dziesięciu minutach od założenia byłam zachwycona. Majtki leżą idealnie i co najważniejsze – nic nie czuć, nic nie przeszkadza. Należę do teamu podpaski – coś przesuwającego się w nie do końca kontrolowany sposób potrafiło doprowadzić mnie na granicę rozdrażnienia. Tu po prostu nie ma się co przesunąć. No i brak zapachu. Kto używa podpasek, ten wie, co mam na myśli. W gruncie rzeczy, jeśli nie ma się jakiś szczególnych dolegliwości bólowych, można zapomnieć, że ma się okres.
Mnie para majtek wystarczyła na sześć godzin. Skąd wiedziałam, że to już? Poczułam, po prostu. Nic nie przeciekło, tylko odczuwanie majtek się zmieniło. Co wtedy? Trzeba zdjąć i założyć drugą parę, a brudne majtki schować do bawełnianego woreczka. Nie, nie są czerwone, zakrwawione i przeciekające, a po kolejnych kilku godzinach w plecaku bynajmniej nie śmierdzą. W moim osobistym odczuciu było to o wiele bardziej higieniczne niż składowanie w kieszeni plecaka kilku zwiniętych zużytych podpasek (przypominam, że, chodząc po Tatrach, jesteśmy w parku narodowym, a w parku narodowym nie zostawiamy śmieci).
Po szczegóły dotyczące prania odsyłam na stronę Skrojone – wszystko jest tam opisane bardzo dokładnie, łącznie z tym, jakich należy używać do tego detergentów. Ja podczas wyjazdu prałam ręcznie, przed praniem, zgodnie z zaleceniem, odmaczałam majtki w zimnej wodzie. Tak, krew z wkładu chłonnego zabarwiała wodę w misce na czerwono. Nie, nie było to dla mnie ani trochę obrzydliwe, w końcu to krew ze mnie, ostatecznie całkiem czysta i normalna wydzielina. Zawsze zresztą była ona dla mnie mniej obrzydliwa niż wiele innych wydzielin ;) Miałam nawet podczas prania taką myśl, że jest to w sumie bardzo ciekawe doświadczenie, zbliżające nas do kontaktu z naszym ciałem, fizjologią. Podejrzewam, że jeśli używa się kubeczka, odczucia mogą być podobne. Ale moje ciało nigdy nie współpracowało ani z tamponami, ani z kubeczkiem. Jakoś tak mam, że skoro krew menstruacyjna ma ze mnie wypłynąć, to niech już wypływa. Między innymi to zresztą dlatego chciałam przetestować te majtki :)
Pewnym minusem jest to, że majtki dość długo schną. Nie dziwi to, zważywszy na wkład chłonny. W związku z tym wiem, że trzy pary, które mam w tej chwili, z pewnością nie wystarczą na cały jeden okres – a warto zaznaczyć, że moje miesiączki mają raczej normalną intensywność. Ale po tym górskim teście wiem, że jak tylko na stronie Skrojone pojawi się nowa dostawa, uzupełnię swój zapas – i liczę na to, że niebawem będę mogła zupełnie pożegnać się z podpaskami.