Moje spojrzenie na ajurwedę

Moje spojrzenie na ajurwedę

Moje pierwsze zetknięcie z ajurwedą – co chyba nie jest zbyt oryginalne – to był masaż, który zresztą dostałam w prezencie na wieczorze panieńskim :) Kiedy na niego szłam, niewiele jeszcze wiedziałam, ale doświadczenie było na tyle intensywne i przyjemne, że zaczęłam korzystać z masaży regularnie, a jednocześnie coraz bardziej zagłębiałam się w temat. Nie jestem w tej chwili jakimś wybitnym znawcą – wciąż się uczę, czytam, słucham. Dlatego to, co teraz dla Was piszę, nie ma być kompletnym, pełnym przewodnikiem po temacie, a jedynie wstępem. I może rozjaśnieniem kilku kwestii, które dla mnie samej długo były niezrozumiałe.

Co to właściwie jest?

Każdy, kto praktykuje jogę i nie traktuje jej tylko jako treningu fizycznego, prędzej czy później trafi na ajurwedę. Nic w tym dziwnego, w końcu mówi się o niej, że jest siostrą jogi. Wywodzi się z Indii, a samo słowo oznacza dosłownie „naukę o życiu”. Lubię to znaczenie/tłumaczenie, bo od razu odpowiednio nas nakierowuje – nie mamy do czynienia z medycyną w naszym współczesnym rozumieniu, a w każdym razie nie tylko. Jak w wielu tradycyjnych systemach wiedzy medycznej, nie chodzi tutaj o leczenie choroby, ale o uchronienie przed nią. O utrzymanie w organizmie stanu równowagi – fizycznej i psychicznej. Wiąże się to ze zwracaniem uwagi na pierwsze symptomy zachwiania tej równowagi, które często traktujemy jako przypadłości kosmetyczne albo coś, co mieści się w normie i nie jest groźne – na przykład budzenie się w nocy lub wypróżnianie się co drugi dzień/cztery razy dziennie, wzdęcia i zgaga. Zazwyczaj nie traktujemy takich rzeczy jako objawów poważnej choroby – i słusznie. Ale ajurweda pochyla się nad tymi wszystkimi szczegółami i daje nam sposoby na to, by przywrócić balans – po to, żeby te małe symptomy nie przekształciły się po jakimś czasie w coś poważniejszego. No i co najważniejsze: nie skupia się na symptomach, ale szuka przyczyny naszych dolegliwości. Która, jak być może część z Was już wie, często ukrywa się w zupełnie innym miejscu, niż nam się wydaje.

bekir-donmez-eofm5R5f9Kw-unsplash.jpg

Ajurweda jest holistyczna – nic dziwnego że zyskuje na popularności właśnie teraz, kiedy takie całościowe podejście do zdrowia okazuje się odpowiedzią na wiele kwestii, w których ujawniają się pewne niedostatki medycyny zachodniej. Tutaj patrzy się na człowieka jako całość – nie odrywamy od siebie poszczególnych części ciała, narządów czy schorzeń – ale też nie wyrywa się człowieka z szerszego kontekstu, w jakim żyje i funkcjonuje, czyli natury i jej rytmu. O tym zresztą pisałam troszkę tutaj. I to jest chyba jedna z najistotniejszych dla mnie rzeczy, jeśli chodzi o ten system – ajurweda daje nam STRUKTURĘ. Szkielet, na którym możemy rozpiąć porządek swojego dnia. Dzięki temu zyskujemy poczucie zaczepienia w rzeczywistości i kontroli. Musimy podejmować mniej mikrodecyzji (co teraz zrobić? w jakiej kolejności? najpierw mycie zębów czy prysznic? co zjeść? o której iść spać?) i w efekcie mniej się stresujemy. Bo nie wiem, czy wiecie, ale im więcej nieistotnych w gruncie rzeczy decyzji musimy podjąć, tym trudniej jest nam podejmować duże, istotne decyzje. Po prostu się męczymy. I kończymy, tkwiąc przed półką w sklepie z dwoma jogurtami w rękach i nie wiedząc, który wybrać. Albo przez tydzień zastanawiając się, czy kupić sukienkę A, czy B i zadręczając tym wszystkich wokół, a najbardziej siebie. Dlatego do mnie najbardziej przemawia definiowanie ajurwedy jako sposobu życia (tak robi to na przykład Robert Svoboda).

Trochę konkretów

To, co do tej pory Wam przedstawiłam, to w gruncie rzeczy moja osobista interpretacja ajurwedy jako systemu, który może być przydatny w naszym codziennym funkcjonowaniu. jak już mówiłam, nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, nie mam wiedzy konsultanta ajurwedyjskiego, dlatego nie będę się teraz wdawać w szczegółowe wskazania – spróbuję tylko zarysować Wam ogólny obraz, żebyście w ogóle wiedzieli, z czym to się je i co oznaczają różne dziwne słowa, na które na pewno już nie raz trafiliście, jeśli staraliście się zgłębić temat.

Tak, jak wspomniałam wcześniej – cała ajurweda opiera się na założeniu, że wszystkie elementy wszechświata są ze sobą powiązane, a nasz organizm (mikrokosmos) jest odbiciem wszechświata (makrokosmosu). Dlaczego? Bo są zbudowane z tych samych elementów. Są to: eter, powietrze, ogień, woda i powietrze. Te elementy łączą się w naszym ciele i tworzą trzy dosze: vatę, pittę i kaphę. Ich właściwości fajnie opisuje Szymon Cechnicki, w wywiadzie, którego udzielił Blimsien.

christin-hume-0MoF-Fe0w0A-unsplash.jpg

W internecie można znaleźć sporo testów na doshe, często pojawiają się one także w książkach o ajurwedzie albo w artykułach na jej temat. Czy warto je robić? Myślę, że jest to ciekawe i pewnie wielu osobom może wystarczyć do wstępnej diagnozy – choć na pewno nie powinny one stanowić podstawy do wprowadzania bardziej zaawansowanych zaleceń, zwłaszcza, jeśli czujemy, że nasza równowaga jest poważnie zachwiana!

Dlaczego? Bo z tymi doszami to wcale nie jest prosta sprawa. Często, czytając ich opisy, zatrzymujemy się na poziomie fizycznym – a dosze manifestują się także w naszej psychice, co jest już przecież trudniejsze do rozpracowania. Zwłaszcza, jeśli rozwiązujemy test i mamy się wypowiedzieć sami o sobie – dobrze wiecie, że w takich sytuacjach często udzielamy odpowiedzi opartych raczej na naszym wyobrażeniu o sobie niż na stanie faktycznym. Dlatego, jeśli mamy wątpliwości, warto udać się na konsultację do wykwalifikowanej osoby (ja byłam na takiej konsultacji u wspomnianego już Szymona Cechnickiego). Taki konsultant albo terapeuta po pierwsze nas zobaczy, po drugie zbada puls i obejrzy język, a po trzecie zada też serię odpowiednio dobranych i sformułowanych pytań. A potem postawi diagnozę i doda do niej komentarz – i jedno z drugim może nas trochę (albo nawet bardzo) zaskoczyć. (Tak było w moim przypadku.)

Ważne jest także to, że każdy z nas ma w sobie wszystkie trzy dosze. Różnią się jedynie ich proporcje, dzięki czemu każdy z nas jest niepowtarzalną indywidualnością :) U niektórych wyraźnie dominuje jedna dosza, u innych (i to jest chyba większość) mamy przewagę dwóch dosz, zdarzają się też osoby, u których manifestują się wszystkie trzy.

W każdym razie – robiąc test czy idąc na konsultację, określamy swoje prakriti, czyli naturę. Jak sama nazwa wskazuje, jest ona pierwotna, niepowtarzalna i niezmienna. Co to dla nas oznacza? Że żeby wieść szczęśliwe i spokojne życie, nie powinniśmy ingerować w nasze prakriti. Jeśli urodziliśmy się kaphą, powinniśmy to zaakceptować, nawet jeśli zgodnie z naszym wyobrażeniem i oczekiwaniami, wolelibyśmy być pittą ;) Każdy z nas ma swój indywidualny stan równowagi – to nie jest tak, że dążymy do jakiegoś wykoncypowanego ideału, na przykład do zrównoważenie w sobie wszystkich trzech dosz.

Po co nam poznanie prakriti? Bardzo dobrze wyjaśniają to Agnieszka i Maciej Wielobobowie w swojej książce Ajurweda w praktyce:

Znajomość naszej prakriti jest istotna dlatego, że pozwala poznać nas samych i zrozumieć, dlaczego nasza „natura” rządzi się takimi, a nie innymi prawami. Dlaczego to akurat my mamy tendencję do tycia i chomikowania różnych drobiazgów lub nagłej i niekontrolowanej zmiany naszego zdania, mimo że od tygodnia chcieliśmy inaczej? Znajomość naszego typu konstytucji nie powinna służyć do zaszufladkowania nas i przyporządkowania nam listy rzeczy, które należy wykonywać, czy produktów, które powinniśmy spożywać, by zachować równowagę i zdrowie. Dzięki zrozumieniu, dlaczego nasze ciało i umysł funkcjonują właśnie w taki, a nie inny sposób, spoglądamy na siebie z zupełnie innej perspektywy, zastanawiamy się nad sobą, zaczynamy akceptować nasze „małe” niedociągnięcia, dostrzegamy, że zmieniające się (nawet każdego dnia) dosze determinują nasze samopoczucie, a nawet zachowanie. […] Stajemy się uważnymi obserwatorami siebie i otaczającego nas świata, ale przede wszystkim poznajemy naturalny rozkład właściwości charakterystyczny dla naszej prakriti. Dowiadujemy się, do jakiego stanu powinniśmy wrócić, by odzyskać zaburzoną równowagę, wyleczyć się z jakiejś choroby.

Prakriti jest więc naszym punktem wyjścia – a zarazem punktem dojścia. Jednak różne czynniki zewnętrzne – zmiana pory roku, stres, sposób odżywiania i tak dalej – mogą ten podstawowy stan zaburzyć, i wtedy mamy do czynienia z vrikriti. Często jest tak, że zaburzenia naszej naturalnej konstytucji psychofizycznej są związane właśnie z zaburzeniami naszej dominującej doszy. Ja na przykład jestem vatą-pittą, a na konsultacji w listopadzie Szymon zdiagnozował mi zaburzoną właśnie vatę. Czyli, innymi słowy, moja vata się rozhulała, czemu pomógł mój tryb funkcjonowania i pora roku (vata to eter i powietrze, a więc jest lekka, sucha i ruchliwa; jesień i wczesna zima charakteryzuje się tymi samymi właściwościami, a więc jest czasem dominacji vaty).

Na czym polegała moja praca po konsultacji? Na zrównoważeniu zaburzonej doshy. Przy czym – tak jak to rozumiem, mam nadzieję, że Szymon, jeśli to czyta, to właśnie miał wtedy na myśli :) – moim celem nie było (nie jest) zrobienie z siebie osiadłej, polegującej na kanapie kaphy, tylko poprzez wprowadzaniu kilku mniejszych i większych zmian, nawilżenie się od zewnątrz i od środka, ogrzanie i regularną praktykę medytacyjną (metta!) ukojenie mojego ciała i układu nerwowego, tak by osiąść i ugruntować się na tyle, na ile jest mi to potrzebne do funkcjonowania w zrównoważony, harmonijny sposób.

annie-spratt-JLpDkdcuceI-unsplash.jpg

Jak się do tego zabrać?

Jeśli zmagacie się z jakimś problemem zdrowotnym, zdecydowanie namawiam Was do pójścia na konsultację – w przypadku poważniejszych schorzeń konsultant/terapeuta może Wam zasugerować suplementację albo konkretne zioła i dać zindywidualizowane wskazania związane z Waszą dolegliwością. Jeśli nie macie żadnego poważnego problemu, ale jesteście bardzo ciekawi i czujecie, że ajurweda Was naprawdę interesuje – też idźcie ;) Ale na początek możecie też poeksplorować temat samodzielnie. Zróbcie sobie wtedy test na doszę – a najlepiej może dwa różne, żeby zobaczyć, czy wyniki zgadzają się ze sobą. Poczytajcie trochę o swojej doszy i dajcie sobie czas na samoobserwację. Poprzymierzajcie to siebie cechy, o których przeczytacie i zastanówcie się, czy to rzeczywiście się zgadza – szczególnie jeśli chodzi o cechy psychiczne. A potem zapoznajcie się ze wskazaniami dla swojej doshy i spróbujcie je wdrożyć, ale cały czas z uwagą i miłością do siebie samego. Pod tym kątem naprawdę bardzo polecam Wam książkę Sarah Kucery, z której jakiś czas temu napisałam recenzję – chyba nie znam drugiej publikacji, w której cały ten temat byłby opisany w równie prosty i przystępny sposób, a równocześnie z tak dużą liczbą konkretnych wskazań i praktyk, które bez większego problemu można wdrożyć do swojego życia codziennego. A przede wszystkim pamiętajcie, że cała ta wiedza ma pomóc nam funkcjonować w harmonii, a nie być kolejnym powodem stresu :)

Książki, z których korzystałam:
Sarah Kucera, The Ayurvedic Self-Care Handbook. Holistic Healing Rituals for Every Day and Season, The Experiment, New York, 2019.
Maya Tiwari, Ayurveda. A Life of Balance. The Complete Guide to Ayurvedic Nutrition and Body Types with Recipes, Healing Art Press, Rochester, Vermont, 1995.
Agnieszka i Maciej Wielobób, Ajurweda w praktyce. Jak współcześnie stosować starożytną sztukę leczenia, Wydawnictwo Helion, Gliwice 2014.


Życie wydarza się dla nas – rozmowa z Naamą Zusman

Życie wydarza się dla nas – rozmowa z Naamą Zusman

Droga do siebie – recenzja książki Donny Farhi Joga – sztuka życia

Droga do siebie – recenzja książki Donny Farhi Joga – sztuka życia

0